Szarawe miasteczko, w większości złożone z kamienic. Chłód, mgła ziejąca w oddali, mokre chodniki. Ani jednej żywej duszy. Chodziłem ulicami, rozglądając się wokół siebie, jednak nie napotkałem absolutnie nikogo. Na jednym z placyków między budynkami stał kiosk. Taki, jakie stoją na ulicy z gazetami. Podszedłem do niego, w środku siedziała stara kobieta. Milczała i zdawała się być nieobecna. Pewnie siedziała tam już od zawsze, nie wychodząc z tego kiosku. Zmierzyła mnie wzrokiem, wziąłem parę rzeczy (nie pamiętam już, jakich), powiedziała, że umrę „tak jak wszyscy poprzedni”. Odszedłem zdziwiony nie rozumiejąc tej niby przepowiedni.
Później znalazłem się w starym domu, raczej opuszczonym. Podłoga z długich spuchniętych desek, długi korytarz z dwoma rzędami drewnianych, skrzypiących drzwi po bokach. Odrapane z tynku ściany, światło majaczące przez brudne szyby oświetlające unoszący się wysoko kurz. Powietrze tak gęste od pyłu i kurzu, tak nasiąknięte starością, że można by je kroić. Szedłem zarazem spokojnie i z ostrożnością naprzód, gdy nagle przede mną z jednej z bocznych stron korytarza wynurzył się On. Nawet nie drgnąłem, gdy majestatycznie przeszedł kilka metrów ode mnie. Był przytłaczający, przerażający w samej swojej postaci, z której niemal promieniowała furia. Monstrualny. Gdy przechodził zdawał się być zbyt wielkim by zmieścić się w całym korytarzu. Każde drgnięcie podłogi wywołane jego krokami czułem całym ciałem. Chyba mnie nie zauważył, nawet nie odwrócił do mnie głowy zatrzaśniętej w ogromny metalowy hełm. Wszedł do jednego z pokoi naprzeciw tego, z którego wyszedł pozostawiając otwarte drzwi. Za moment usłyszałem krzyk dziecka, była to najprawdopodobniej dziewczynka. Podszedłem do uchylonych drzwi by zajrzeć do środka. Kucała skulona na podłodze w kącie zasłaniając głowę ramionami, miała może z 7-8 lat. Około metra od niej stał on. Do mnie i do małej był odwrócony plecami. Trzymał uniesioną za szyję jakąś osobę… Wydała mi się dziwnie znajoma, mimo, że nie widziałem jej twarzy. Olbrzym złapał ową postać oburącz za skórę na barkach i strzepnął jak ubranie, rozrywając jej skórę na plecach. Teraz postać zwisała na własnej skórze w rękach Piramidogłowego. Krzyk dziewczynki trwał nadal, coraz bardziej uciążliwy, narastając, wwiercał się w moją czaszkę. Nie mogłem dłużej tam stać, obraz zaczął się rozmazywać, dźwięk jej wrzasku rozsadzał mi głowę. Pobiegłem na ślepo przed siebie, do końca korytarza, po schodach w dół, dookoła sieni. W końcu podłoga zaczęła się obracać pode mną. Schody uciekły mi spod nóg. Upadłem na twarz, zapadła ciemność.
Nie wiem jak długo byłem nieprzytomny. Być może trwało to sekundę, a być może kilka godzin. Obudziłem się w obskurnym pomieszczeniu. Stałem na stołku ustawionym pod ścianą. Tuż obok było okno z takimi samymi szybami, jakie widziałem wcześniej, brązowiejącymi od tłuszczu i kurzu. Nie mogłem się ruszyć. Dopiero teraz zauważyłem wbite w ścianę kawałki blachy, które oplatały moje ramiona unieruchamiając mnie. Naprzeciwko ściany, pod którą stałem były białe drewniane drzwi pokryte popękaną już warstwą farby. Dopiero teraz ją zauważyłem. Znów ta dziewczynka. Teraz siedziała w kącie z rękami założonymi na kolana. Patrzyła się na mnie, wyczekująco, wyraźnie się czegoś bojąc. Wtedy usłyszałem dudnienie, a chwilę później za drzwiami na korytarzu wyłonił się cień. Wielki szpiczasty cień. Chwilę później, powolnym krokiem wszedł do pokoju, uniósł mnie chwytając dłonią za szyję, bez większego problemu, szarpnięciem w górę. Zupełnie jak lalkę. W samym podniesieniu dało się odczuć przerażającą siłę i brutalność. Ból. Nie mogłem w żaden sposób widzieć jego twarzy. Tylko wielkie blade ramiona z uwypuklonymi żyłami, ohydny rzeźniczy fartuch umazany zgniłą krwią, oraz hełm… Wielki szpiczasty hełm. W tym momencie dziewczynka skulona tuż za jego plecami zaczęła krzyczeć. Dźwięk ten przypominał skrobanie igłą szyby. Krzyk był coraz głośniejszy. Druga wielka dłoń przemknęła przed moją twarzą, ktoś mignął na korytarzu za plecami dziewczynki. Uniósł mnie wyżej i machnął z impetem. Sekunda nieopisywalnie rozdzierającego bólu. I znów zapadła ciemność…
Później znalazłem się w starym domu, raczej opuszczonym. Podłoga z długich spuchniętych desek, długi korytarz z dwoma rzędami drewnianych, skrzypiących drzwi po bokach. Odrapane z tynku ściany, światło majaczące przez brudne szyby oświetlające unoszący się wysoko kurz. Powietrze tak gęste od pyłu i kurzu, tak nasiąknięte starością, że można by je kroić. Szedłem zarazem spokojnie i z ostrożnością naprzód, gdy nagle przede mną z jednej z bocznych stron korytarza wynurzył się On. Nawet nie drgnąłem, gdy majestatycznie przeszedł kilka metrów ode mnie. Był przytłaczający, przerażający w samej swojej postaci, z której niemal promieniowała furia. Monstrualny. Gdy przechodził zdawał się być zbyt wielkim by zmieścić się w całym korytarzu. Każde drgnięcie podłogi wywołane jego krokami czułem całym ciałem. Chyba mnie nie zauważył, nawet nie odwrócił do mnie głowy zatrzaśniętej w ogromny metalowy hełm. Wszedł do jednego z pokoi naprzeciw tego, z którego wyszedł pozostawiając otwarte drzwi. Za moment usłyszałem krzyk dziecka, była to najprawdopodobniej dziewczynka. Podszedłem do uchylonych drzwi by zajrzeć do środka. Kucała skulona na podłodze w kącie zasłaniając głowę ramionami, miała może z 7-8 lat. Około metra od niej stał on. Do mnie i do małej był odwrócony plecami. Trzymał uniesioną za szyję jakąś osobę… Wydała mi się dziwnie znajoma, mimo, że nie widziałem jej twarzy. Olbrzym złapał ową postać oburącz za skórę na barkach i strzepnął jak ubranie, rozrywając jej skórę na plecach. Teraz postać zwisała na własnej skórze w rękach Piramidogłowego. Krzyk dziewczynki trwał nadal, coraz bardziej uciążliwy, narastając, wwiercał się w moją czaszkę. Nie mogłem dłużej tam stać, obraz zaczął się rozmazywać, dźwięk jej wrzasku rozsadzał mi głowę. Pobiegłem na ślepo przed siebie, do końca korytarza, po schodach w dół, dookoła sieni. W końcu podłoga zaczęła się obracać pode mną. Schody uciekły mi spod nóg. Upadłem na twarz, zapadła ciemność.
Nie wiem jak długo byłem nieprzytomny. Być może trwało to sekundę, a być może kilka godzin. Obudziłem się w obskurnym pomieszczeniu. Stałem na stołku ustawionym pod ścianą. Tuż obok było okno z takimi samymi szybami, jakie widziałem wcześniej, brązowiejącymi od tłuszczu i kurzu. Nie mogłem się ruszyć. Dopiero teraz zauważyłem wbite w ścianę kawałki blachy, które oplatały moje ramiona unieruchamiając mnie. Naprzeciwko ściany, pod którą stałem były białe drewniane drzwi pokryte popękaną już warstwą farby. Dopiero teraz ją zauważyłem. Znów ta dziewczynka. Teraz siedziała w kącie z rękami założonymi na kolana. Patrzyła się na mnie, wyczekująco, wyraźnie się czegoś bojąc. Wtedy usłyszałem dudnienie, a chwilę później za drzwiami na korytarzu wyłonił się cień. Wielki szpiczasty cień. Chwilę później, powolnym krokiem wszedł do pokoju, uniósł mnie chwytając dłonią za szyję, bez większego problemu, szarpnięciem w górę. Zupełnie jak lalkę. W samym podniesieniu dało się odczuć przerażającą siłę i brutalność. Ból. Nie mogłem w żaden sposób widzieć jego twarzy. Tylko wielkie blade ramiona z uwypuklonymi żyłami, ohydny rzeźniczy fartuch umazany zgniłą krwią, oraz hełm… Wielki szpiczasty hełm. W tym momencie dziewczynka skulona tuż za jego plecami zaczęła krzyczeć. Dźwięk ten przypominał skrobanie igłą szyby. Krzyk był coraz głośniejszy. Druga wielka dłoń przemknęła przed moją twarzą, ktoś mignął na korytarzu za plecami dziewczynki. Uniósł mnie wyżej i machnął z impetem. Sekunda nieopisywalnie rozdzierającego bólu. I znów zapadła ciemność…
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz