Szedł przez ciemny korytarz oświetlając sobie drogę zapalniczką. Nie widząc nic poza odległością na wyciągnięcie ręki, kroczył ostrożnie do przodu, z każdym krokiem powodując chlupot, być może wody, być może krwi… być może jeszcze czegoś innego. W pewnym momencie, chlupotowi niezidentyfikowanych cieczy zaczął towarzyszyć szelest papierów. Żaden z nich nie był na tyle suchy, by dało się odczytać to co było na nim napisane. Mimo to, wyglądały dziwnie znajomo. W końcu korytarz zaczął się rozszerzać, by przejść w duże pomieszczenie, na środku którego drewniany słup piął się do góry, rozwidlając na wysokości dwóch, może trzech metrów. Dopiero, gdy podszedł bliżej, zauważył sylwetkę wiszącą na owym rozwidleniu. ‘Dywan’ papierów wyścielający korytarz prowadził aż dotąd, bezpośrednio pod słup. Podniósł wzrok w kierunku postaci, jej ręce były podwiązane do słupa drutem kolczastym. Z oczodołów i ust wystawały upchane kulki zgniecionego papieru, podobnie z rozprutej jamy brzusznej, wysypywały się kartki… Podniósł kilka z nich. Napis na szczycie każdego z arkuszy mówił: Potwierdzenie nadania paczki.
Na szczęście, jegomość, u którego kupiłem podręcznik, nie poleciał w kulki i nie spotkał go taki los. No ale pomysł nie mógł się zmarnować a i ja sobie nie mogłem odpuścić chwili fantazji.
Podręcznik do „Kiedy Rozum Śpi” dotarł do mnie w poniedziałek w samo południe. Nie zamierzam tu recenzować podręcznika, bo takowych tekstów jest sporo na innych portalach. Napiszę o tym, co nam może dać ten podręcznik.
Po pierwsze, świat przedstawiony.
Tu DRYH/KRŚ ma spory plus, świat jest czymś w rodzaju świata snu (autorzy parę razy nawet sugerują podobieństwo do Matrixa), w którym żyją groteskowe i często symboliczne postaci. Miejsce akcji to Szalone Miasto, w którym pojawiają się Przebudzeni (czyli my), szukający a to rozwiązań swoich kłopotów, a to znów powodu dla swojej bezsenności w prawdziwym świecie. Ogółem, bestiariusz przywodzi mi na myśl Alicję w Krainie Czarów; dzieci-szczury, Król Wosku, mechaniczni policjanci, wystrugani z drewna z obracającymi się metalowymi kluczami w plecach. Najbardziej w pamięć zapadł mi Administrator Szpila, stwór o pinezce zamiast głowy, ubrany w niegniotący i nieplamiący się garnitur, ścigający bohaterów i wysysający z nich dobre wspomnienia. Oprócz postaci doliczyć należy ewenementy takie jak np. doba w Szalonym Mieście licząca 25 godzin (owa dwudziesta piąta godzina w naszym świecie mija w ciągu jednej sekundy), a otrzymamy całkiem zakręconą wizję świata koszmarów.
Po drugie, mechanika.
Nie będę się nad nią zbytnio rozwodził, bo jeszcze jej nie zgłębiłem dokładnie. Minusem będzie na pewno spora ilość kości potrzebnych do gry(gracze – do 18, a MG ~15). Na szczęście chodzi o zwykłe k6, więc nie jest tak strasznie. Mechanika na pierwszy rzut oka wydaje mi się trochę dziwna, na szczęście na końcu działu ją opisującego jest jednostronicowe streszczenie zasad. Poza tym, w każdej recenzji opinie są podobne – mechanika jest prosta, więc najpewniej mało uważnie o niej czytałem.
Po trzecie, wskazówki dla graczy i MG.
W tej kwestii żywiłem wobec podręcznika spore nadzieje. Jednak zostały one zaspokojone tylko częściowo. Owszem, wskazówki są, ale wg mnie jest ich za mało, spodziewałem się czegoś więcej, niż pobieżnego wypunktowania sposobów na skoligacenie postaci w historii. Ale z drugiej strony, nie mogę powiedzieć, że nie dowiedziałem się niczego. Ironią jest to, że najwięcej ciekawych rzeczy wypłynęło wg mnie z posłowia na końcu polskiej wersji podręcznika.
Ogółem, gra jest mocno nakierowana na storytelling, co podkreślane jest przez Twórców kilkakrotnie. Sama karta postaci w głównej mierze jest zbiorem pytań i odpowiedzi tworzących wizerunek i historię postaci. Ponadto, bohaterowie sami opisują pierwszą scenę, która ich wprowadza do Szalonego Miasta, co podkreśla dodatkowo fakt, że tu to bohaterowie w dużej mierze konstruują akcję, MG zaś tworzy głównie jej tło. Wydaje mi się, że to dobre rozwiązanie dla tego typu rpg. Jak to określono na końcu podręcznika:
„MG nie jest autorem partytury, a perkusistą, dostarcza podstawy, wokół której muzykę tworzą pozostali członkowie zespołu”. Bardzo podoba mi się to zdanie.
Myślę, że dość pobieżnie przekazałem Wam moją opinię nt podręcznika. Dlatego, jeśli macie jakieś pytania, to pytajcie. Jeśli nie macie, to też nic straconego, w sobotę przyniosę go ze sobą. Kto będzie chciał, poczyta, kto będzie chciał, pożyczy.
Jak dowodzi piotrkowska praktyka, podręcznik podręcznikiem a gracze i tak zrobią po swojemu. przynieś, zobaczymy co w trawie piszczy.
OdpowiedzUsuń